Konrad Rudnicki (1926 - 2013)

Konrad Rudnicki

Konrad Rudnicki

 2 lipca 1926 (Warszawa) – 12 listopada 2013 (Kraków)

Wybitny intelektualista i człowiek głębokiej wiary,
po mistrzowsku łączył wysiłki dla pogłębiania wiedzy
o Wszechświecie i dla wzrostu w sferze etycznej.
Z zapałem i entuzjazmem pomagał ludziom stawać
 się coraz lepszymi i coraz bardziej oświeconymi.

Nic nie wzrusza nieba bardziej, jak śmierć astronoma!

Smuci się Księżyc, że go nie zobaczy na ścieżkach mknących gdzieś do teleskopów
 i smuci się Słońce, że go nie wzbudzi o świcie.
Przykro Marsowi, że nie kwitnie życiem i Wenus smutno, że go nie rozmarzy.
Łzy puści Kometa, z którą był po imieniu, a nawet Saturn, co w każdym swym pierścieniu gromadzić dalej chciałby jego myśli złote.
Rozpływa się w żalu cała Droga Mleczna i łezkę roni zacna Andromeda.
Galaktyki Jagiellońskie, spowite w swe szaty pyłowe, swój głęboki smutek kumulują w sobie.
Wszechświat też cały, co sam może nie świadom jest granic swojego rozwoju, pewnie smuci się także, jeśli liczył na to,
że nasz Konrad w nieskończoność go będzie badać i przybliżać światu.
I my wszyscy, też dzieci Wszechświata, smucimy się bardzo tym odejściem Brata.


U boku Mistrza

   Żadne słowa nie wyrażą wdzięczności za to wszystko dobro, jakiego doznałem ze strony przyjaciela i naukowego ojca, jakim był dla mnie Konrad Rudnicki. Przyjaźń i wzajemna sympatia pomiędzy Mistrzem i uczniem, budowane przez 35 lat wspólnej przygody z astronomią, zapisane są pewnie ręką Bożą gdzieś wśród gwiazd. Tych gwiazd, które tak cudownie można podziwiać z rodzinnego mi podkarpackiego Rzepiennika i za sprawą których, w połączeniu z licealnym podręcznikiem astronomii Rudnickiego, postanowiłem w młodości kroczyć przez życie u boku Uranii.

   Miałem to szczęście wyjątkowe być postrzeżonym przez Mistrza wcześnie, bo już jako student pierwszego roku astronomii. Może wyczuwał jakoś moją wyjątkową do Niego sympatię? Reprezentował sobą wszystko, co uważałem za najcenniejsze w człowieku: dyscyplina, obowiązkowość, odpowiedzialność, pracowitość, wysoka kultura bycia, optymizm i dobroć połączona z ogólną radością życia. Imponował mi swoją szeroką wiedzą w zakresie astronomii, wybitnym talentem dydaktycznym oraz niespotykanym taktem w kontaktach międzyludzkich. Kiedy przyszło do finalizacji studiów, wybór promotora był oczywisty.

   Dostałem katalog galaktyk i miałem go przebadać pod kątem występowania ekstynkcji międzygalaktycznej. Jakaż to była przygoda! Ile owocnych kontaktów, ileż pobocznych sympatycznych zdarzeń! Samo pisanie pracy na profesorskiej maszynie graniczyło z przestępstwem w stanie wojennym. Pamiętam jak Promotor proponował mi nowe skarpetki elastyczne, które dostał podczas Rady Wydziału. Magisterium poszło gładko. Po egzaminie Profesor zaproponował byśmy przeszli „na ty” oraz asystenturę. Z pierwszej propozycji skorzystałem od razu, a z drugiej dopiero po trzech latach. 

   Błyskawicznie rozegrała się rzecz mojego doktoratu. Konrad, jako specjalista od pyłów międzygalaktycznych i współodkrywca jednego z obłoków takiego pyłu, zdobył od Włochów obserwacje w zakresie podczerwonym dla wybranych fragmentów nieba, uzyskane przez IRAS (ang. Infrared Astronomical Satellite). Poprosił mnie o sprawdzenie czy któryś z czterech proponowanych pyłowych obłoków międzygalaktycznych nie wykazuje emisji w dalekiej podczerwieni. Kiedy po kilku tygodniach przedstawiłem pozytywny wynik analizy w przypadku jednego z obłoków, usłyszałem: „to masz Bogdanie doktorat!”. Konrad bardzo cieszył się tym odkryciem. Umiał się cieszyć i manifestować radość. Posypały się publikacje, otwarły kontakty zagraniczne, rozpoczęła się w Polsce astronomia podczerwieni.

   Konrad zaprosił mnie kiedyś do udziału w pracach krakowskiej grupy antropozoficznej, której był organizatorem. Spotkania odbywały się u Niego     w mieszkaniu i miały z początku charakter konspiracyjny. Studium „wiedzy tajemnej” odbywało się regularnie (co tydzień) przez wiele lat i było prowadzone z największą starannością. Konrad był osobą najbardziej kompetentną w Polsce do tego rodzaju działań. Jako badacz wiedzy duchowej stał się dla mnie szybko autorytetem, nie mniejszym niż w zakresie astronomii. Wiedzę duchową traktował, jako naukę leżącą u podstaw każdej religii. Ekumenizm, którego był bardzo czynnym i autentycznym zwolennikiem, wynikał z ogromnej wiedzy duchowej i religijnej, nie zaś z pobudek osobistych czy politycznych.

   Nieopisaną radość sprawił mi Konrad biorąc mnie z sobą do Izraela. W Tel Avivie mieliśmy przeprowadzić analizy danych i napisać pracę do Monthly Notices. Rzecz dotyczyła natury obłoku pierścieniowego wokół M87. Wykonaliśmy zadanie w cztery dni. W wydłużony weekend udaliśmy się w turystykę po „Ziemi Świętej”. Konrad okazał się wspaniałym przewodnikiem. Jedną dobę spędziliśmy w typowym kibucu, gdzie doświadczyłem, czym jest prawdziwy komunizm. Odwiedziliśmy obserwatorium astronomiczne na pustyni Negev, gdzie otarliśmy się o niebezpieczeństwo. Podczas spaceru po pustyni usłyszałem nagle bardzo dziwny świst. Konrad znajdował się w odległości około 30 metrów ode mnie. Zapytałem Go, czy coś słyszał. Stwierdził, że słyszał jakby odległy wystrzał z karabinu. Jak Mu powiedziałem, co ja słyszałem, zakomenderował stanowczo odwrót w stronę obserwatorium. Powiedział, że świst kuli słychać tylko wtedy, gdy ta przelatuje blisko ucha. Doświadczył tego jeszcze, jako partyzant. Nadto poinformował, że w Izraelu, zwłaszcza na odludziach, strzela się do obcych ot tak, „dla sportu”. Potem pojechaliśmy do Jerozolimy. Mieszkaliśmy u żydówki, którą przechowywano   w domu Rudnickich podczas okupacji. Miła staruszka zrobiła nam pyszne naleśniki z serem, podobne do tych, jakie sama kiedyś jadała w Polsce. Z Jad Waszem pamiętam dobrze drzewko „Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata”, przy którym widniał napis „Konrad Rudnicki”.

   W oficjalnych kontaktach Konrad był bardzo zasadniczy. W domu trzymały się Go jednak najrozmaitsze inteligentne żarty. Na przykład, na prośbę swojego syna, wyciągał z szafy mundur partyzancki, ubierał się w niego i snuł wojenne opowieści. Choć swój wygląd uważał za zabawny, to opowieści były poważne. Wspominał, że kiedy miał 16 lat i chciał iść do partyzantki sąsiedzi mówili Jego mamie, że szkoda chłopaka. Jest zdolny i żal byłoby, gdyby zginął. Mama miała odpowiedzieć, że dla każdej matki śmierć syna jest równie bolesna i nie zamierza powstrzymywać swojego. Innym razem opowiadał szczegółowo o bitwach, o pojmaniu przez Niemców, o skazaniu na śmierć i wyczekiwaniu na egzekucję, w końcu o cudownym ocaleniu. Takie opowieści koniecznie trzeba było nagrodzić dobrymi słodyczami, bo Konrad zawsze był łasuchem.
  
                                                                                                 

Bogdan Wszołek

Fotografie pochodzą z archiwum Autora.

Liczba odsłon: 1589


Konrad Rudnicki w swoim domu podczas wspomnień kombatanckich.




Podczas sesji jubileuszowej „Człowiek i Wszechświat”, w 85-tą rocznicę urodzin Konrada Rudnickiego (2011, Kraków).