"Misja była niemalże zakończona, straciliśmy ich tak blisko domu..." W sobotę 1 lutego około godziny 15 naszego
czasu uległ katastrofie prom kosmiczny Columbia powracający z 16 dniowej misji
badawczej. Na pokładzie znajdowało się siedmioro członków załogi: dowódca misji Rick
Husband; dowódca ładunku Michael Anderson; specjalista misji Laurel Clark;
specjalista misji David Brown; pilot William McCool; specjalista misji Kalpana
Chawla; oraz izraelski astronauta Ilan Ramon, specjalista ładunku. Nikt nie przeżył.
Co było przyczyną awarii?
16 stycznia wahadłowiec Columbia wystartował wraz z modułem Spacelab Research Double w 16 dniową misje badawczą - STS 107. Zadaniem misji było przeprowadzenie licznych eksperymentów w warunkach mikrograwitacji. Misja prowadzona była na wysokości 274 km nad Ziemią przy inklinacji 390o. Do wypadku doszło 16 minut przed lądowaniem planowanym na godzinę 9:16 czasu EST na przylądku Canaveral w Kennedy Space Center na Florydzie (na 8:16 CST - czas w ośrodku kontroli lotu w Houston w Teksasie). O 8:15 z Columbii, która leciała wówczas do góry nogami i tyłem naprzód nad Oceanem Indyjskim, odpalono dwa silniki hamujące, aby rozpocząć planowany godzinny manewr schodzenia na Florydę. Aż do 8:52 schodzenie przebiegało normalnie.
Pierwsze dane telemetryczne z Columbii (czyli przekazane zdalnie na Ziemię) zwiastujące ewentualne problemy dotarły na około 8 minut przed wypadkiem. Dane pokazały wzrost temperatury w komorze lewego koła podwozia głównego i wzdłuż lewego boku kadłuba statku. Orbiter był na wysokości 72 km nad Oceanem Spokojnym osiągając już zachodnie wybrzeże Kaliforni. Anomalny aerodynamiczny opór pojawił się na lewej stronie pojazdu, co spowodowało, że system automatycznej kontroli lotu na statku wysłał komendy do lotek sterujących, aby skierować dziób statku na prawo. Opór aerodynamiczny jednak nadal wzrastał, na dwie sekundy przed utratą łączności automatyczny pilot włączył dodatkowo dwa silniki korygujące, aby utrzymać statek w kursie. Po sekundzie jeszcze odebrano informację o maksymalnych wychyleniach lotek po czym pojazd stracił kontrolę nad lotem. Ustalono, że ostatnia transmisja dowódcy wahadłowca Ricka Husband'a miała miejsce o 8:59:32 EST. Przekaz był zakłócony, a w następnym momencie łączność została przerwana. Telemetria i analiza fotografii wskazuje, że rozpadnięcie orbitera miało miejsce, gdy statek zwalniał z 20 do 18 Machów (Mach - stosunek prędkości obiektu do lokalnej prędkości dźwięku) przecinając Kalifornię, Newadę, Arizonę i Nowy Meksyk. Prom kosmiczny lecąc z prędkością 18.3 Macha rozpadł się na wysokości 62 km nad stanem Texas, gdzie spadła większość szczątków statku. Telemetria wskazywała podniesione temperatury i uszkodzone czujniki w lewym skrzydle orbitera oraz nienormalny wzrost oporu aerodynamicznego wzdłuż lewej strony kadłuba. W końcu statek stracił kontrolę i rozpadł się prawdopodobnie na skutek aerodynamicznego naprężenia. Co spowodowało obserwowane wzrosty temperatur i opór? Jeden z możliwych scenariuszy jest taki, że w skrzydle wahadłowca pojawiła się wyrwa pozwalająca, aby chmura gorącej plazmy z fali uderzeniowej wdarła się do środka skrzydła.
Nagrania video ze startu statku 16 lutego pokazują fragment poszycia oderwany z zewnętrznego zbiornika, który uderza w spód lewego skrzydła wahadłowca 81 sekund po starcie wahadłowca. Po analizie filmu ze startu Columbii inżynierowie ocenili wymiary oderwanej pianki na 40 x 50 x15 cm, jej wagę na 1.2 kg; względną prędkość powietrza między wahadłowcem a zbiornikiem na 823 km/h. Uszkodzenie skrzydła podczas startu mogło zapoczątkować tragiczne następstwa podczas lądowania.
Na konferencji prasowej 5 lutego dyrektor programu lotów wahadłowców NASA Ron Dittemore zaprezentował dziennikarzom przykład pianki jaka używana jest do izolacji zewnętrznego zbiornika paliwa. Jest to materiał lekki, dobrze izolujący, nie wchłania wilgoci - w przeciwnym razie nasiąkałby deszczem robiąc się ciężki. Zidentyfikowano już ponad 1600 fragmentów pochodzących z Columbii. Z fragmentów tych technicy w Kennedy Space Center będą częściowo rekonstruować statek. Zidentyfikowano część lewego skrzydła wahadłowca i elektroniczną skrzynkę używaną przez układ anten telewizyjnych wahadłowca.
1 lutego około godziny 8:57 EST w bazie Sił Powietrznych w stanie Nowy Meksyk pracownicy, mając wolną chwilę, wykonali zdjęcie Columbii przy użyciu amatorskiego 9-centymetrowego teleskopu i starego komputera - 11-letniego Macintosha (wczesniej uważano, że zrobiono je profesjonalną kamerą dalekiego śledzenia). 10 minut później rodziny pracowników powiadomiły ich o katastrofie wahadłowca - wówczas zdali sobie sprawę ze znaczenia tego zdjęcia. Obraz o niskiej rozdzielczości pokazuje zniekształcone lewe skrzydło promu.
Emerytowany admirał Marynarki Wojennej Harold Gehman, szef niezależnej komisji dochodzeniowej AIB (Accident Investigation Board), która 6 lutego przejęła kierownictwo nad śledztwem, oświadczył, że być może nigdy nie poznamy przyczyny katastrofy Columbii, ale komisja zrobi wszystko, aby odkryć co spowodowało drugi w historii wypadek wahadłowców NASA. W ciągu ostatnich 35 lat było to czwarte tragiczne zakończenie misji kosmicznych w czasie lądowania pojazdów kosmicznych z ludźmi na pokładzie. W 1967 roku zginął Vladimir Komarov w czasie lądowania statku Sojuz 1, w 1971 roku w czasie lądowania statku Sojuz 11 zginęło trzech kosmonautów powracających po pierwszym długim pobycie na stacji kosmicznej Saljut 1. Wypadek Challengera w 1986 był jedynym tragicznym w skutkach startem, w którym zginęli ludzie. Astronauci misji Apollo: Gus Grissom, Ed White i Roger Chaffee zginęli w czasie ćwiczeń na Ziemi, gdy na pokładzie statku wybuchł pożar. Wypadek Columbii miał najwięcej świadków - widziano ją w pięciu stanach USA.
Wahadłowiec Columbia był pierwszym pojazdem kosmicznym wielokrotnego użytku wyposażonym w skrzydła. Wystartował po raz pierwszy 12 kwietnia 1981 roku, nie powrócił 1 lutego 2003 roku ze swojej 28 misji. 7 lutego pracownicy Centrum Kosmicznego Kennedy'ego zebrali się na pasie startowym numer 33, na pasie, na którym 1 lutego wylądować miała Columbia kończąc 113 lot wahadłowców NASA. Columbia wielokrotnie wynosiła w przestrzeń kosmiczną moduł Spacelab, umieściła na orbicie satelitarne obserwatorium promieniowania X - Chandra, także dzięki niej odbyła się niedawna misja serwisowa teleskopu Hubble'a. 4 lutego odbyły się uroczystości upamiętniające 7 zabitych astronautów. Siedmiokrotnie zabrzmiał dzwon Marynarki Wojennej, nad zebranymi przeleciał samolot odrzutowy T38 żegnając tym symbolicznym gestem poległych pilotów. "Ludzie ci podjęli wielkie ryzyko w służbie ludzkości." powiedział prezydent USA Georga Bush, "Misja była niemalże zakończona, straciliśmy ich tak blisko domu..."
"Jesteśmy tym rodzajem istnienia, które chce zrozumieć wszelkie istnienie. Znajdujemy wśród nas najlepszych, wysyłamy ich w niezbadane ciemności i modlimy się za ich szczęśliwy powrót. Idą oni w imieniu całej ludzkości, cała ludzkość jest ich dłużnikiem." 17 lutego 2003 Nowy album początków Wszechświata 11 lutego 2003 roku Amerykańska Agencja Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej NASA przedstawiła najlepsze z dotychczas wykonanych zdjęć Wszechświata (z satelity WMAP) uchwyconego w swym niemowlęctwie, zaledwie kilkaset tysięcy lat po jego początku. Obrazy jakie zostały zaprezentowane na konferencji prasowej zawierają niezwykłe mnóstwo szczegółów i mogą stać się najważniejszym wynikiem naukowym ostatnich lat! Wiemy, że Wszechświat jest wypełniony promieniowaniem mikrofalowym o długości fali ok. 1 mm, które niesie informacje o najdawniejszych epokach Wszechświata możliwych dziś do obserwacji. Promieniowanie to zwane mikrofalowym promieniowaniem tła zostało wyemitowane jakieś 380 000 lat po Wielkim Wybuchu a dzisiaj możemy podziwiać jego obraz zarejestrowany przez satelitę WMAP. Zdjęcie poniżej przedstawia mapę temperatury promieniowania tła, mającego średnią temperaturę ok.2,73 K, na której widać drobne fluktuacje w postaci obszarów cieplejszych (czerwone) i chłodniejszych (niebieskie), gdzie różnice w temperaturze tychże plamek względem średniej są rzędu 0,00001 K. Najistotniejsze jest to, że fluktuacje te zawierają bogactwo wiedzy o Wszechświecie, m.in. o tym, z jakich rodzajów materii się składa i jaka była historia jego rozwoju, aż do utworzenia galaktyk, a w jednej z nich my dzisiaj, jakieś 14 mld lat po Wielkim Wybuchu, żyjemy.
Misja WMAP przyniosła określenie wieku Wszechświata na 13,8 mld lat. Promieniowanie tła, które dzisiaj odbiera WMAP wysłane zostało przez materię 380 tys. lat po Wielkim Wybuchu, a pierwsze gwiazdy powstały z wodoru i helu już 200 mln lat po Wielkim Wybuchu, znacznie wcześniej niż sądzono do tej pory. Zaprezentowane dane gromadzone były przeszło rok, a jeszcze trzy lata pracy satelity przed nami. Precyzja pomiarów jest bardzo wysoka, co widać gdy porównamy uzyskane obrazy fluktuacji promieniowanie tła z tymi otrzymanymi przez ich odkrywcę - satelitę COBE w 1992 roku (patrz rysunek).
12 lutego 2003 W odpowiedzi na kontrowersje:W liście do naszego portalu, dr Stanisław Ryś z Obserwatorium Astronomicznego UJ zwrócił uwagę, że mapa mikrofalowego promieniowania tła przedstawiona przez naukowców analizujących dane z satelity WMAP, którą zaprezentowano na stronie http://map.gsfc.nasa.gov/m_or.html z podpisem "COBE", a następnie reprodukowano w naszym portalu, nie jest mapą wykonaną przez satelitę COBE 10 lat temu, wbrew treści podpisu pod rysunkiem. Może to być mapa wykonana przez WMAPa a następnie poddana obróbce w celu uzyskania zdolności rozdzielczej odpowiedniej dla satelity COBE (kilka stopni na niebie). Oryginalną mapę COBE można znaleźć na stronie http://space.gsfc.nasa.gov/astro/cobe/cmb_fluctuations_big.gif. Podpisanie w ten sposób przedstawionych map byłoby w tej sytuacji nadużyciem wykonanym dla potrzeb lepszej prezentacji medialnej wyników uzyskanych przez WMAP. W związku z pojawieniem się tych kontrowersji wokół porównania wyników COBE i WMAP pragnęliśmy wyjaśnić sprawę u źródła tzn. u osób odpowiedzialnych za wyniki WMAP. Na początku marca napisaliśmy list elektroniczny w tej sprawie do członków Zespołu Naukowego WMAP (Science Team) w tym do dr Davida Spergela (Uniwersytet Princeton) oraz dr Gary Hinshawa (NASA), jednak do tej pory nie uzyskaliśmy odpowiedzi. W związku z niemożnością weryfikacji informacji u autorów nie sposób jednoznacznie rozstrzygnąć podniesionych wątpliwości związanych z porównaniem wyników COBE i WMAP. Jacek Guzik, 17 marca 2003 Naukowcy na tropie tajemnicy czarnej dziury
We wrześniu zeszłego roku obserwacje przeprowadzone przy użyciu Kosmicznego Teleskopu Hubble'a (HST) wydawały się wskazywać na obecność w centrach dwóch gromad gwiazd czarnych dziur o pośrednich masach, kilkanaście tysięcy razy masywniejszych niż Słońce. Znane do tej pory czarne dziury miały masę albo zaledwie kilku mas Słońca, albo przekraczającą ją miliony lub nawet miliardy razy (czarne dziury w centrach aktywnych galaktyk).
Nowe, dokładne symulacje komputerowe, opublikowane ostatnio w Astrophysical Journal, pokazują jednak odmienny sposób interpretacji tych obserwacji. W gromadzie M15 zamiast średnio masywnej czarnej dziury o nieznanym pochodzeniu dane HST sugerują bardziej przyziemne wytłumaczenie - gęstą grupę pozostałości gwiazdowych, czyli produktów normalnej ewolucji gwiazd w centrum gromady. Gromada może zawierać lub nie czarną dziurę, ale małą. W symulacjach nie rozpatrywano drugiej gromady gwiazd, nazywanej G1, w której istnienie średnio masywnej czarnej dziury było ogłoszone mniej więcej w tym samym czasie co wyniki o M15. Pytanie, co czai się w centrum M15, zajmowało astronomów przynajmniej przez ostatnie 20 lat. Stawiano postulat, że M15 jest schronieniem dla centralnej czarnej dziury. Postulat ten opierał się na wysokiej gęstości gwiazd w zatłoczonym jądrze i na innych, okazuje się zwodniczych wskazówkach i śladach. Wskazówkami takimi były np. gwiazdy blisko centrum, które wydawały się obiegać centrum szybciej niż wynikało z siły grawitacyjnej pochodzącej wyłącznie od gwiazd. Mógł to być charakterystyczny znak grawitacji wskazujący na niewidoczną masę (dodatkowe źródło grawitacji), ukrytą w jądrze M15. Przez kilka lat używano teleskopu Hubble'a do badania sekretów M15. Kilka miesięcy temu wydawało się, że problem został rozwiązany. Po skrupulatnej analizie danych z HST, używając modeli obliczeniowych opracowanych na Uniwersytecie w Indianie, zespół badaczy przedstawił dowody na istnienie w gromadzie centralnej czarnej dziury. Astronomowie na całym świecie z uwagą odnieśli się do tej publikacji i jej ekscytujących wniosków. Wyniki były o tyle zaskakujące, że wcześniej grupa z Indiany opublikowała modele, które przewidywały dużą prędkość blisko centrum M15, ale bez potrzeby istnienia czarnej dziury! I właśnie ostatnio, międzynarodowa grupa badaczy, używając najszybszego komputera na świecie - systemu GRAPE-6 w Japonii, przeprowadziła serie symulacji gromad gwiazdowych podobnych do M15. Używali GRAPE-6 do przeprowadzenia niezależnych testów dla potwierdzenia istnienia czarnej dziury w M15. Bardzo dokładne symulacje GRAPE-6 prowadzone dla wszystkich gwiazd gromady to prawdziwe dzieło sztuki w modelowaniu gromad. Używając tego unikatowego narzędzia zespół stwierdził, że może odtworzyć obserwacje M15 bez potrzeby istnienia centralnej czarnej dziury. Gdy badacze z zespołu GRAPE powiadomili zespół HST o swoich rezultatach, dowiedzieli się, że zespół HST, wraz z grupą z Uniwersytetu w Indiana, doszedł właśnie do podobnych wniosków. Wszystkie trzy grupy zgodziły się, że czarna dziura w M15, jeśli jest, musi był znacznie mniejsza niż wcześniej stwierdzono. Okazało się też, że jeden z rysunków w oryginalnym artykule, opublikowanym przez grupę z Indiana, został źle podpisany, co spowodowało późniejszą błędną analizę obserwacji HST. Rezultaty grupy GRAPE ukazały się w Astrophysical Journal w wydaniu 1 stycznia 2003. Poprawione rezultaty z HST będą w styczniowym Astronomical Journal. Załącznik do wcześniejszego artykułu grupy z Indiana ukaże się w wydaniu Astrophysical Journal 1 marca 2003r.. 31 stycznia 2003
Obiekt, ochrzczony OGLE-TR-56b, jest niezwykły na wiele sposobów. Leży około 5000 lat świetlnych stąd w porównaniu z zaledwie dziesiątkami lat światła w wypadku większości znanych planet pozasłonecznych. Okrąża swą gwiazdę blisko, pędząc na złamanie karku, w ciągu 29 godzin, w odległości jedynie 4,5 jej promienia (0,023 jednostki astronomicznej). Jest stosunkowo lekki (około 0,9 masy Jowisza), mimo to nieco większy rozmiarem od Jowisza. Co zaś najważniejsze, to pierwszy obiekt pierwotnie wykryty metodą "przejścia": poszukiwania oznak obiektu systematycznie przechodzącego przed gwiazdą i zasłaniającego niewielką ilość jej światła. Aż dotąd, niemal wszystkie planety pozasłoneczne odkryte zostały dzięki precyzyjnym pomiarom prędkości radialnych gwiazd. Gigantyczne planety powodują niewielkie grawitacyjne wahania okrążanej gwiazdy. Dokładnie przyglądając się gwiazdom w poszukiwaniu takich wahań prędkości astronomowie mogą wyznaczyć okres orbitalny planety, spłaszczenie jej orbity oraz dolną granicę masy. Kilka zespołów śledziło tysiące potencjalnie wahających się gwiazd z grubsza od dziesięciu lat i znalazło około 100 planet pozasłonecznych. Z techniką tą wiążą się jednak dwa problemy: wymaga dużej ilości czasu na wielkich teleskopach oraz nie podaje rzeczywistej masy planety, a jedynie jej dolną granicę. Statystycznie, w większości wypadków, wartość ta będzie bardzo bliska masie rzeczywistej, w niektórych może być jednak bardzo zaniżona - co gorsza nie da się rozróżnić tych wypadków. W ciągu kilku ostatnich lat zaczęto rozważać nowe podejścia do polowania na
planety. W ponad dwudziestu projektach szuka się planet poprzez monitorowanie ogromnej
liczby gwiazd w celu wykrycia zjawiska przejścia. Pojawiły się liczne problemy związane
z tą metodą, jednakże jedna z grup właśnie wysunęła się na czoło łowców.
Andrzej Udalski (Obserwatorium Uniwersytetu Warszawskiego) i jego ośmiu kolegów z projektu
OGLE III, przyjrzeli się 52 000 gwiazd podobnych do Słońca w gwiazdozbiorze
Strzelca w poszukiwaniu oznak przejścia. W zeszłym
roku ogłosili listę ponad 40 gwiazd wykazujących objawy systematycznego przesłaniania
przez małe, słabe ciała. Problemem było stwierdzenie, co to za obiekty: wielkie planety, brązowe karły, czy słabe czerwone karły - wszystkie o zbliżonych rozmiarach fizycznych. Dodatkowo zaćmienia w normalnych układach podwójnych mogą ukryć efekt przejścia, podobnie jak maskowanie zwykłych gwiazd zaćmieniowych przez niezwiązane jasne gwiazdy tła lub przed obiektem. Każdy podejrzany wypadek wymaga potwierdzenia metodą prędkości radialnych z czym mamy do czynienia. Na spotkaniu AAS, zespół prowadzony przez Macieja Konackiego (Caltech) i Dimitara Sasselova (Harvard-Smithsonian Center for Astrophysics) ogłosił pierwsze potwierdzenie metodą prędkości radialnych istnienia planety podejrzewanej dzięki metodzie przejścia OGLE. Korzystając z kilku dużych teleskopów, w tym dziesięciometrowego teleskopu Kecka na szczycie Mauna Kea na Hawajach, astronomowie wykluczyli większość podejrzeń OGLE jako gwiazdy podwójne. Jednak obiekt orbitujący wokół OGLE-TR-56 okazał się mieć zaledwie masę Jowisza... Zdaniem Sasselova poszukiwanie najpierw przejść zamiast zmian prędkości radialnej pozwoli astronomom rozszerzyć obszar poszukiwań planet pozasłonecznych z kilkuset do 8000 lat świetlnych. A co więcej, zbiór gwiazd potencjalnie nadających się do sprawdzenia wzrośnie z 40 000 do ponad 100 milionów. Jednakże metoda przejścia działa tylko w rzadkich wypadkach, gdy orbita planety leży niemal dokładnie w płaszczyźnie naszego widzenia. To praktycznie eliminuje wszystkie orbitujące światy za wyjątkiem bliskich, "gorących Jowiszy" podobnych do OGLE-TR-56b. Jednak po wykryciu przejścia, dalsze obserwacje prędkości radialnych mogą być znacznie wydajniejsze niż poszukiwanie na ślepo. Przy znanej orbicie, astronomowie mogą zaplanować obserwacje na czas, gdy przewidywane wahania prędkości będą największe. Wiedząc dokładnie, gdzie i kiedy patrzeć, można mierzyć prędkości słabych gwiazd. Zwykłe pomiary przeglądowe słabych gwiazd są zbyt czasochłonne, by je wykonać. (Sama OGLE-TR-56 jest bardzo słaba: 16,6 magnitudo.) Astronomowie opisali swą metodę w artykule opublikowanym kilka dni temu. Znany jest tylko jeden inny przypadek przejścia planety. Świat orbitujący wokół HD 209458, 174 lat świetlnych stąd w Pegazie, pierwotnie odkryty został metodą prędkości radialnych. Później stwierdzono efekt przejścia. Będąc tak blisko gwiazdy, OGLE-TR-56b powinien być rozgrzany do czerwoności - około 1900 kelwinów na stronie zwróconej do gwiazdy. W tej temperaturze, zgodnie z modelami teoretycznymi, w jego atmosferze mogą istnieć chmury pary żelaza powodujące ciekłe, żelazne deszcze. 24 stycznia 2003 Dane z satelity ERS 'tchnęły' życie w Etnę Radar na pokładzie należącego do Europejskiej Agencji Kosmicznej statku kosmicznego ERS-2 pomaga amerykańskim i włoskim badaczom w lepszym zrozumieniu góry Etna na Sycylii. Radar dostarczył danych do animacji, które pokazują jak 'oddycha' wulkan. Dane z tego detektora - synthetic aperture radar (SAR) - zdobyte między 1992 a 2000 rokiem, zostały użyte do wykonania ponad 100 interferogramów - obrazów stworzonych poprzez analizowanie różnic w fazie między kolejnymi obrazami Etny wykonanymi przez radar. Interferogramy takie były podstawą animacji. Interferometryczna technika SAR, znana jako InSAR, potrafi dostarczyć niezwykle dokładnych pomiarów ruchu terenu używając danych satelitarnych.
Animacja pokazuje ruch powierzchni Etny - pomiary wykazały zmianę dochodzącą do 14 cm. Etna początkowo obniżała się między 1992 a 93 rokiem po serii trwających 2 lata wybuchów ze zboczy wulkanu. Następnie powierzchnia Etny zaczęła się podnosić, ponieważ magma spowodowała wzrost ciśnienia w swoich magmowych komnatach. Od 1995 roku, poprzez 2000 rok, Etna rozpoczęła serie obniżeń i podwyższeń swojej powierzchni - proces "oddychania", który odzwierciedla powtarzającą się aktywność na szczycie góry.
"Celem jest zrozumienie związku między dynamiką erupcji a deformacją powierzchni wulkanu," powiedział Paul Lundgren, naukowiec z Jet Propulsion Laboratory (JPL), Pasadena, USA. "Poprzez korelacje między wielkością deformacji, ich źródłem a aktywnością wulkanu lepiej zrozumiemy to jak działają wulkany i będziemy w stanie lepiej oceniać niebezpieczeństwo jakie stwarzają."
Obecnie analizowany jest szereg wybuchów ze zboczy jaki miał miejsce w 2001 r. wraz z obecnym przypływem wulkanicznej aktywności. "Nie było żadnego znaczącego, tj. mierzalnego spadku w czasie erupcji ze zboczy w 2001 roku, który sugerowałby, że magmowy system Etny pozostaje rozdęty i zdolny do ciągłej aktywności, tak jak to obecnie obserwujemy," dodał Lungren. Baza informacji kompletowana przez długi okres czasu (dziesięciolecia) daje nadzieję na wgląd w dynamikę wulkanów i ich ognistych, nieprzewidywalnych pokazów. 3 stycznia 2003 | |||||||||||||||||||||||||||||||
|
|